Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Mija 23. rocznica śmierci Artura Malickiego. Właśnie w walentynki w Oświęcimiu pękły biało-niebieskie serca

Jerzy Zaborski
Jerzy Zaborski
Tak Artur Malicki (drugi z prawej) fetował zdobycie z Dworami Unią Oświęcim mistrzostwa Polski w 1998 roku, po pokonaniu Podhala Nowy Targ
Tak Artur Malicki (drugi z prawej) fetował zdobycie z Dworami Unią Oświęcim mistrzostwa Polski w 1998 roku, po pokonaniu Podhala Nowy Targ Ryszard Kozłowski/archiwum
Walentynki kojarzą się przede wszystkim z miłością. To już 23 lata, jak kibicom Unii Oświęcim pękły biało-niebieskie serca, bo właśnie tego dnia, w 2001 roku, zmarł Artur Malicki. Miesiąc po wypadku samochodowym. Został potrącony wieczorem, na przejściu dla pieszych. Wybitny hokeista Unii Oświęcim miał zaledwie 29 lat. Do dziś wielu zadaje sobie pytanie, dlaczego odszedł w takim dniu? Bez wątpienia kochał swoją rodzinę, ale jego drugą miłością był przecież hokej. Tydzień po śmierci Artur rozesłał kolegom, i nie tylko, powołanie na „ostatni mecz”. Na pogrzebie zjawili się nie tylko koledzy z drużyny, ale także z innych klubów oraz kibice i wielu ludzi z hokejowego światka. Sprawa była głośna w całej Polsce.

Uroczystości pogrzebowe, niczym ostatni mecz, zgromadziły przed laty na cmentarzu blisko tysiąc osób.

- Cieszę się, że przyjechaliście pożegnać Artura. Chociaż na lodzie byliście rywalami, to poza nim byliście przecież jedną, wielką sportową rodziną - mówił do delegacji innych klubów ksiądz Paweł Łukaszka, były hokeista, olimpijczyk z Lake Placid.

Minuta ciszy po Arturze Malickim

Blisko tysiąc osób przyszło towarzyszyć w ostatniej drodze zmarłemu hokeiście Dworów Unii Oświęcim - Arturowi Malickiemu. Nie był to zwykły pogrzeb, ale na dobrą sprawę ostatni mecz, jaki przyszło rozegrać Arturowi. Stojącym nad trumną kibicom nieodparcie na usta cisnęły się następujące słowa. Artur! Play off za pasem. A Ty się nie zrywasz, za kij nie chwytasz, bramek nie strzelasz. Co się z tobą stało, stary przyjacielu?

Artur Malicki, obok Waldemara Klisiaka, był najlepszym wychowankiem Unii Oświęcim. Swemu klubowi był wierny do końca. Pewnie dlatego Klisiakowi właśnie przypadł zaszczyt pełnienia funkcji chorążego niosącego za trumną Artura sztandar Unii.

- Chociaż jestem księdzem, to często w wolnych chwilach budził się we mnie sportowy duch, i przyjeżdżałem na oświęcimskie lodowisko, aby trochę potrenować. Nieraz widziałem Artura, który do swoich obowiązków podchodził z pasją. Nic dziwnego, że w swojej karierze doszedł do pierwszej reprezentacji Polski - mówił w homilii ksiądz Łukaszka.

„Maliniak” zaczynał od łyżwiarstwa figurowego

Być może nie każdy wie, że swoją przygodę ze sportem Artur rozpoczynał od łyżwiarstwa figurowego. Jednak po roku znudziła mu się ta dyscyplina sportu. Poszedł na trening hokeistów. Jego pierwszym trenerem był Ryszard Puchajda, który zmarł kilkanaście miesięcy wcześniej przed Arturem. Złośliwość losu. Na pewno tak. W grupach młodzieżowych Artur zawsze należał do wybijających się zawodników. Szybko trafił do młodzieżowej reprezentacji Polski, gdzie w jednym ataku grał obok Mariusza Czerkawskiego. Po wyjeździe Czerkawskiego do Szwecji, w kolejnych mistrzostwach świata gr. B (1992), był kapitanem kadry U-20. Razem z kolegami nie udało mu się jednak awansować do światowej elity. Lepsza o 0,03 bramki była wtedy Japonia. Pierwszą bramkę w seniorach zdobył 7.10.1990 roku, w 60 minucie meczu z Toruniem, ustalając wynik na 7-1 dla Unii.

Prawdziwy rzemieślnik

Hokeista z numerem „20” na zawsze w pamięci kibiców pozostał jako przebojowy zawodnik. Może nie był najlepszym technikiem, ale miał niesamowity ciąg na bramkę. Cechował go upór w dążeniu do celu. Ktoś powie, że nie należał do ligowej klasyfikacji snajperów, ale jak już trafił, to przez długi czas był na ustach kibiców. Miał niesamowity dar do strzelania decydujących bramek. Często w ostatnich sekundach meczu.

- Pamiętam, że za kadencji Andrieja Sidorenki, graliśmy mecz ze Stoczniowcem (23.10.98 - przyp. red). Na minutę przed końcem remisowaliśmy 4:4. Kompromitacja mistrza wisiała w powietrzu. Artur poszedł za akcją Karatajewa i na 34 sek. przed końcem meczu strzelił zwycięskiego gola – tak przed laty wspominał Artura Tomasz Piątek, dziś pracujący za oceanem.

Gwoli uzupełnienia wypowiedzi Piątka, przypomnijmy, że Artur był także autorem zwycięskiej bramki w pamiętnym półfinale z Toruniem, kiedy po zakończeniu trzeciego meczu Adam Fraszko uderzył sędziego Sudoła.

- Był bardzo koleżeński. Gdy drużynie nie szło, potrafił mobilizować kolegów do walki. Jak On to robił, że potrafił przy tym żartować – wspominał Waldemar Klisiak.

Eksplozja formy pod okiem Sidorenki

Prawdziwy szczyt formy Artura przypadł na lata 1998-2000, kiedy z Unią pracował Andriej Sidorenko. Artur jeszcze wcześniej, za kadencji Zbynka Neuvirtha (1996 rok - przyp. red), miał bardzo dobry sezon. Jako wchodzący do zespołu młokos niejeden z zazdrością patrzył na Niego, jak grając przy boku Mirka Tomasika i Dmitrija Miedwiediewa, z łatwością strzela bramki. Taka postawa w dzisiejszych czasach byłaby wzorem do naśladowania.

W 1998 roku trafił do pierwszej reprezentacji Polski. Na lodowiskach Rodovre i Odense, w trakcie mistrzostw świata gr. B w Danii (zaplecze światowej elity), w siedmiu spotkaniach strzelił 1 bramkę i zaliczył 3 asysty.

Arturowi powiedzieli „do widzenia”

Po raz ostatni na listę strzelców oświęcimskiego zespołu wpisał się w półfinale Pucharu Kontynentalnego, strzelając gola wiceliderowi słowackiej ekstraklasy - Slovanowi Bratysława. Przed turniejem obiecywał, że nie sprawi zawodu kibicom i słowa dotrzymał. Snuł plany na kolejny sezon. Niestety, 14 stycznia uległ groźnemu wypadkowi, a po miesiącu od tego zdarzenia zmarł. Jego śmierć wstrząsnęła całym hokejowym środowiskiem.

- Unia musi zdobyć mistrzostwo Polski, dla Artura! - kibice ze Stoczniowca.

- Darowałbym Ci wiele kar za niesportowe zachowanie, bylebyś był tylko z nami - sędzia hokejowy.

- Wierzyliśmy, że wyjdzie z tego. To niesprawiedliwe - kibice z Sanoka. Oto kilka tylko cytatów, jakie pojawiły się na stronach hokejowych w sieci po śmierci Artura.

- Arturowi mówimy po prostu „do widzenia” - mówił nad trumną ksiądz Paweł Łukaszka.

Kibice wierzą, że gdzieś tam Artur także rozgrywa swoje mecze, i - jak zwykle - zwycięski zespół prowadzi w mistrzowskiej "stonodze", bo ten przywilej zawsze będzie należał do Niego.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Trener Wojciech Łobodziński mówi o sytuacji kadrowej Arki Gdynia

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na konskie.naszemiasto.pl Nasze Miasto